poniedziałek, 15 grudnia 2014

Rozdział 4

Z moich rozmyśleń o niczym wyrwał mnie dźwięk przychodzącej wiadomości.

Od: Nieznany
To jeszcze nie koniec .

***
Obudziłam się sama nie wiem o której. Uchyliłam delikatnie oczy, ale szybko je zamknęłam przez rażące mnie światło słoneczne, przebijające się przez rolety. Powoli uniosłam się na łokciach i rozejrzałam po moim pokoju, który nie zmienił się za wiele od ostatniej nocy. Ale chwila! Co ja robię na łóżku? Przecież zasnęłam na podłodze, przy zamkniętych drzwiach. Ale co mnie to obchodzi, która jest godzina? Chwyciłam mój telefon, na którym były dwa nieodebrane połączenia od Harrego z wczoraj i dziś oraz kilka od Lottie, sprawdziłam godzinę, było koło siódmej. Zwlekłam się z łóżka, zauważyłam że byłam w ciuchach z wczoraj, wiec poszłam się przebrać umyć i umalować.
Już ubrana w moje ulubione leginsy w czarno-białe niezidentyfikowane wzory, czarną bokserkę, skórzaną kurtkę z ćwiekami i śliczne botki zaszłam na dół. Wrzuciłam jabłko do torby z książkami i podeszłam do czajnika by zrobić sobie kawę. Usiadłam z ciepłą cieczą na wysokim krześle i napawałam się tą ciszą, która mnie trochę przerażała, bo gdzie był Victor, przecież on zawsze robi mi śniadanie. Zostawiłam resztkę napoju w kubku na blacie w kuchni, bo musiałam już jechać do szkoły. Wzięłam ze sobą jeszcze torbę w rękę, a z komody kluczyki do samochodu i moje okulary przeciw słoneczne.
***
Wcisnęłam w klakson na kierownicy, w czasie jazdy. Ta co za wyczyn, na jedną rękę.
-Wiedziałem, że przyjedziesz.
-Dlatego szedłeś na piechotę w stron szkoły –odgryzłam się Harremu.
-Nie, dlatego mój „marszy” był tak wolny, byś zdążyła.
-Już się tak nie wymądrzaj tylko wskakuj idioto –posłuchał i zajął miejsce obok.
***
                Dzień jak co dzień nic niezwykłego się nie działo, a ja umieram z głodu, ale na szczęście teraz była przerwa na lunch. Mój stolik był przy oknie. Zawsze tam siedzieliśmy z Harrym, a nikt nie śmiał zająć nam tego miejsca. Tym razem było inaczej jakich cwel w kapturze siedział tam i jak gdyby nic jadł sobie. Aż się we mnie zagotowała rozumiem, że to tylko miejsce, ale moje miejsce!
                Popatrzyliśmy się na siebie z Harrym i widziałam ten jego błysk w oku, chyba zapowiada się na rozróbę! Wszyscy chyba poczuli jak powietrze zgęstniało, a ja zauważyłam że większość uczniów przypatruje się sytuacji, która zaraz zajdzie. Jedni z zaciekawieniem, inni z jednak z ukrycia, a reszta tylko co chwile zerkała.
-Koleś spadaj stąd. –Harry w końcu odezwała się tym swoim zachrypniętym głosem.
                Jednak osobnik nieznany nam nadal siedział na miejscu, nawet odrobinę się nie ruszając. Moja cierpliwość sięgała zenitu. Najwyraźniej Harrego też bo złapał gnojka za jego szmaty i wciągnął z łatwością do góry.
-Nie słyszałeś co się do ciebie mówi, spierdalaj stąd.
-A co z przyjaciółmi nie chcesz już siedzieć?
                Znałam ten głos, Loczek także, jednak nadal go nie puścił. Biłam się ze sobą czy mam się w trącić, ale wolałam by mój przyjaciel sam to załatwił.
-Jakich przyjaciół... Zayn –przy ostatnim słowie zrobił chwilę przerwy i wysyczał jego imię.
-Stary uspokój się, możesz ze mną usiąść –Zayn wyrwał się z uścisku.
Czy on właśnie pozwolił mu usiąść, a czy ktoś się pytał o jego zdanie.
-Lepiej idź sobie zanim...
-Harry jak zawsze wybuchowy. Nie denerwuj się tak możesz z nami usiąść...
-Jakimi nami to ty się tu dosiadłeś nie będziesz mną pomiatał wypierdalaj do tych gejów!
-Nie martw się twoja księżniczka też może się dosiąść –odwrócił głowę w moją stronę.
                W tym Momocie przypomniało mi się co ja tu w ogóle robię, że w cale nie jestem tylko obserwatorem, a siedzę w tym gównie po czubek nosa. W jednej chwili cała moja odwaga zniknęła, a cała osobowość, którą budowałam od pół roku wyparowała, przez niego. Zastygłam w bezruch nie wiedziałam kompletnie jak się poruszać, oddychać, odzywać. Nic! Zero reakcji. Minęło może dwie minuty, a ja myślałam, że wpatruje się we mnie z kilka godzin. Przez te 2 minuty, 120 sekund, milisekund, 120000000 mikrosekund, 120000000000 nanosekund...mogłabym tak wyliczać dalej, ale jednostki mi się skończyły, a  ja nadal stałam nie ruszając się.
-Cher? –szepnął Harry
-Hm? -Przeszłam wzrokiem na niego, a on kiwnął tylko na Zayna głową.
-Wydaje mi się, ż-ż-że powinieneś już iść. –jąkałam, serio Cher ty się jąkasz?!
-To źle ci się wydaje, to miejsce jest już zajęte –denerwował mnie.
-Ale ty masz racje, jest zajęte –podeszłam do stolika, a Harry spojrzał się na mnie dziwnie –przez nas! –zrzuciłam jego tace ze stołu, która z hukiem trzasnęła o ziemię. Wszystkie oczy nagle spojrzały na mnie. Stara Cher znów wróciła –A teraz zmiataj stąd!
-Bo co. –przybliżył swoją twarz do mojej, dzieliły nas centymetry.
-Bo cię zniszczę –wyszeptałam, tak by tylko on mógł usłyszeć.
                Chyba zrozumiał, bo odwrócił się i wyszedł ze stołówki. A ja widziałam jak Louis i Niall próbują go zatrzymać, ale on przepchnął się między nimi, coś szepcąc do siebie. Po tym jak zniknął wzrok blondyna i bruneta zatrzymały się na mnie, a ja się triumfalnie uśmiechnęłam do nich.
-Cher? –złapał mnie za rękę Harry.
-Siadaj –pociągnęłam go na miejsce.
***
-Czy ta impreza u ciebie nadal aktualna?
-Nie mam pojęcia. Jak na razie nie mam ochoty na imprezowanie.
                Harry westchnął na moje słowa. Było już po lekcjach i siedzieliśmy jak zawsze u mnie na kanapie. Nikogo w domu nie było, a my się wylegiwaliśmy na kanapie, znaczy się ja, bo miałam rozłożone nogi na Harrym. Razem się śmialiśmy dopóki:
-Cher mogę cię o coś zapytać?
-Jasne.
-Czy ty nadal go kochasz?
                Wiedziałam, że kiedyś się o to zapyta. Ktoś musiał.
-Harry to jest nie możliwe, ponieważ  teraz jedynym mężczyzną moim życiu jesteś ty i nie ma miejsca na innego idiotę.
-Ale no wiesz gdyby jednak była taka możliwość, to ty byś...?
-Nie. Nie kocham go i nigdy go więcej nie pokocham. Czy taka odpowiedź cię zadowala?
-No powiedzmy...?
-Co, podważasz moją elokwentność? .
-Łoł skąd ty takie słowa znasz?
-Z książek. –zapadła cisz, ale po chwili razem zaczęliśmy się głośno śmiać.
                Dzięki Harremu zapomniałam o tym wszystkim złym co się wydarzyło. Zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, dlatego siedzieliśmy u mnie cały wieczór, dopóki...
-Co to było? –zapytałam zdziwiona
-Jakiś huk z dołu?
-O nie, chodź lepiej –szarpnęłam go za rękę i zbiegliśmy na dół.
To co zobaczyłam zbiło mnie totalnie z tropu. Moja mama z Zaynem stali w drzwiach obładowani siatkami ze sklepu. Po co im tyle jedzenia?! I tak nigdy nie jemy razem.
-Cześć skarbie. Może nam pomożesz.
-Yyy... – na chwile mnie zatkało –raczej nie.
-Niech pani ta te siatki. –Harry dobry człowiek jak zawsze musi się wykazać.
Może jeszcze nie mówiłam, ale moja matka nie przepada za Harrym albo raczej powinno się powiedzieć, że go toleruje. Loczek za każdym razem próbuje się do niej podlizać. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia po co on to robi, ja po prostu ją olewam. Jednak jak Harry się uprze nie da się go odciągnąć od tego.
-Chodź skarbie idziemy do kuchni.
-A po co ja tam. –po prostu weszła do pomieszczenia zwaną kuchnią, jak dla mnie to po prostu pokój z lodówką, gdzie byli już chłopcy. –O co się w ogóle rozchodzi?
-Dziś jest rodzinna kolacja. Albo raczej ¾ rodziny zje razem posiłek –zachichotała, z czego ona się cieszy z własnej głupoty?
-Nie możemy tego przełożyć jak Robert wróci, albo najlepiej niech Victor coś ugotuje, a każdy zje u siebie.
-Jak ty mówisz na ojca? –Wzruszyłam ramionami –To  będzie rodzinny obiad z okazji powrotu Zayna, a zresztą Victorowi dałam dzień wolnego.
Dopiero teraz na niego spojrzałam. Głupkowato się uśmiecham, nie wiadomo do kogo i z czego.
-Tylko rodzinny znacząco popatrzyła się na Harrego. –A mój przyjaciel tylko się przypatrywał tej sytuacji opierając się rękami o blat.
-On też należy do rodziny, więcej czasu spędzam z nim niż z wami, bo was i tak nigdy nie ma! – wszystkie pary oczu w tym samym czasie zwróciły się na mnie, przez mój wybuch.
-I tak już szedłem, chodź Cher odprowadzisz mnie do drzwi.
-Sam się odparować. –usłyszałam tylko szept Zayna, ale go zignorowałam.
-Nie zostawiaj mnie z tymi idiotami –szepnęłam do Loczka.
-Poradzisz sobie, do jutra Cher –cmoknął mnie w policzek.
Spuściłam głowę z bezradności, jestem skazana na ten ”cudowny” wieczór. Gdy znów spojrzałam na przyjaciela przechodził przez bramę mojego domu i spojrzał na mnie przez ramie.
-H-E-L-P –powiedziałam bezgłośnie, chłopak z burzą loków tylko uśmiechnął się współczująco.
-Cher!
-Ide!
-Chodź zrobimy super kolacje.
-Taaa -przeciągnęłam ostatnią literę by pokazać jak bardzo (nie)podoba mi się ten pomysł, aż tryskam energią, jej ten sarkazm.
-To wspaniałe, że wreszcie będziemy całą rodziną razem. Co nie Cher
-Taaa –i w tym momencie odłączyłam się.
Jak dla mnie każde następne słowo wypływające z jej ust brzmiało tak: -Blabla blablablabla. Wymyśliła sobie jakieś kolacyjki. Po co, by pochwalić się przed Zaynem jaka z nas znów cudowna rodzinka?
-A jeszcze cudowniej, że Zayn wymyślił, abyśmy razem zjedli kolacje.
-Taaa –zaraz, co! Co on do cholery knuje?
-Będziemy mogli wreszcie pobyć sami znaczy się , sami, ale sami z rodziną, razem.
-Sama już się plączesz w zeznaniach.

Poszłam usiąść do stołu, bo podobnież kolacja gotowa. Jednak ja wcale nie byłam głodna, miałam ochotę stąd uciec jak najdalej i zaszyć się gdzieś, gdzie nikt mnie nie znajdzie.

~ ~ ~
Jak obiecałam dodaje następną część, co raz bliżej Święta i ostatni tydzień do szkoły. Mam nadzieje, że ktoś tu wpada i jeśli to czytasz wstaw komentarz nawet z głupim "Cześć" albo "Fajne" może nawet "Super", a dla mnie to dużo znaczy. 
Chcę, aby ten blog chodź trochę był regularny, dlatego raz w tygodniu w ostateczności 2 razy w tygodniu coś cię pojawi.
xo Izzy

2 komentarze:

  1. superr ;3 kiedy nn? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejny dodam w sobotę. Ciesze się, że komuś podobają się moje wypociny ;)

      Usuń